"Zaprawdę powiadam wam:
Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili." Mt 25, 40-41

Aktualności

Relacja z Gabonu - br. Piotr Michalik

 

Cocobeach


Jak byłem jeszcze w Polsce to śmiejąc się mówiłem, że sama nazwa miejscowości zwala z nóg. Człowiek od razu kojarzy sobie „Miami Beach” albo inne egzotyczno-turystyczno-bajkowe miejsce… Czy słusznie? Jak zwykle, rzeczywistość nie za wiele ma wspólnego z marzeniami i wyobrażeniami. A jak dalece od nich odbiega? Nie odpowiem, gdyż nadal odkrywam tutejsze realia. A najlepiej sami sobie stopniowo wyróbcie zdanie (dzięki moim listom, a także innym źródłom informacji)…
Wbrew pozorom, Cocobeach ma coś wspólnego z moją ostatnią misją – Ngaoundaye, czy w ogóle z Republiką Środkowoafrykańską. Otóż na kilka lat przed I Wojną Światową Francuzi oddali Niemcom część swoich kolonii w centralnej Afryce w zamian za ziemie w Maroku. Wtedy zachodnia część kolonii Ubangi-Chari (dzisiejsza RŚA) i północna część Gabonu stały się częścią kolonii niemieckiej (konkretnie Kamerunu). Czyli i Ngaoundaye i Cocobeach weszły pod panowanie niemieckie. W czasie moich pierwszych spacerów po miasteczku, szybko odkryłem pomnik upamiętniający jednodniowe walki o kontrolę nad tą miejscowością. 21 września 1914 z samego rana francuskie wojska kolonialne w sile 250 żołnierzy (przeważnie Afrykańczycy) zrobiły desant ze statku „Surprise” i po całodniowych walkach, gdzie zginęło około 20 żołnierzy afrykańskich, niemiecki garnizon, który istniał tu od 3 lat, poddał się.
Drugą sprawą, która łączy Gabon z RŚA to plemię Fang. Jest to najliczniejszy lud w Gabonie, a w samym Cocobeach wręcz dominujący. Jednak jego obecność na tych terenach jest stosunkowo świeża. Ich ojczyzną były tereny położone w dzisiejszym Kamerunie (środkowy zachód) i w… RŚA! A konkretnie mówi się o dorzeczu rzeki Sangha, czyli na południowym zachodzie RŚA. Dopiero pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku zakończyli swoją powolną wędrówkę dochodząc w Gabonie i Gwinei Równikowej do wybrzeża oceanu Atlantyckiego.
Powrócę do nazwy Cocobeach. Początki nazwy tej miejscowości wcale nie były takie romantyczne. Oryginalna nazwa brzmiała „Koko y Mibitch”, która w języku plemienia Sékiani (plemię które zamieszkiwało te tereny przed przybyciem Fang) oznaczała „kłodę drewna”. Najprawdopodobniej było to zwalone drzewo, które służyło ludziom do przechodzenia na drugą stronę jednej z rzek. Natomiast angielska nazwa tej miejscowości świadczy o silnej, na przestrzeni wieków, obecności białych kolonistów. Ten region został zaznaczony obecnością najpierw Portugalczyków, potem Hiszpanów, Holendrów, Anglików, a od 1839 Francuzi zaczęli kolonizować Gabon.
Na pewno interesuje Was tutejszy klimat. Jest on… bardzo monotonny. W Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłej zmiany pogody na przestrzeni roku, czy nawet w ciągu doby. Nic z tego tutaj nie występuje, a jeśli zmiany są, to minimalne. Temperatura przeważnie mieści się przez cały rok w widełkach 23-31°C (23 w nocy, 31 w dzień). Natomiast temperatura wody w oceanie (na powierzchni) to 26-29°C. Dzień przez cały rok ma 12 godzin i  4 do 12 minut (znajdujemy się tylko niecały 1 stopień na północ od równika). Wilgotność powietrza wynosi 85-90 %. Prędkość wiatru w ciągu roku oscyluje pomiędzy 9,6 a 12,4 km/h. I tak jest przez okrąglutki rok.
Jedynym urozmaiceniem tutejszego klimatu są opady i to one są wyznacznikiem rozróżniającym sezony: deszczowy (długi i krótki) i suchy (długi i krótki). Przy czym warto zaznaczyć, że w czasie tutejszej pory suchej i tak zawsze coś w Cocobeach spadnie, a w Ngaoundaye przez 5 miesięcy pory suchej człowiek nie doświadczył ani kropli deszczu! W najbardziej deszczowym miesiącu (październik) w Cocobeach  spada 656 mm deszczu, w najbardziej suchym miesiącu (lipiec) spada 15 mm deszczu. Roczne opady wynoszą 3080 mm (dla porównania w Warszawie wynoszą one 501 mm, a w Bouar w RŚA 1400 mm). Wody z opadów jest tyle, że w zasadzie w naszym domu prawie przez cały rok używamy wyłącznie deszczówki.
Region Cocobeach to strefa typowej puszczy tropikalnej, a samo miasto z wielu stron jest otoczone wodą: od zachodu i południowego zachodu oceanem Atlantyckim, a od północy ujściem rzeki Noya (po hiszpańsku Rio Muni). Z drugiej strony rzeki jest już Gwinea Równikowa.
Cocobeach jest miastem wojewódzkim, ale bardzo malutkim – posiada około 3 tys. mieszkańców. Są to tubylcy: Fang, Sékiani. Wielu z nich ma swoje rodziny, a nawet swoje korzenie w sąsiedniej Gwinei Równikowej. Mieszkają tu też funkcjonariusze państwowi (plemiona Punu, Nzebi) przybyli ze stolicy kraju (Libreville), oraz imigranci – rybacy (Benin, Nigeria), kupcy (Kamerun, Mali, Niger, Mauretania itp.) i inni (Togo, Wybrzeże Kości Słoniowej…).
Ludzie żyją tu przede wszystkim z rybołówstwa i handlu. Oczywiście każdy ma też małe poletko przydomowe, na którym uprawia przede wszystkim bananowce i maniok a większość mężczyzn chodzi do puszczy na polowanie. Ponieważ od pewnego czasu handel przygraniczny zamarł (granica jest zamknięta, nie za bardzo wiadomo dlaczego), więc i miasteczko wyludniło się a życie stało się senne….
Są tu dwie szkoły podstawowe (w tym jedna katolicka), liceum, szpital… Jednak wszystko to  funkcjonuje z wielkim trudem. W szkole katolickiej (utrzymywanej przez państwo) pracuje tylko dyrektor szkoły - sam jak palec i ani jednego nauczyciela. Jak ma nauczać w pięciu klasach jednocześnie? Szpital to tragedia. Byłem tam z raną na nodze i nie mieli nawet rzeczy koniecznych do zmiany opatrunku…. Natomiast to co w miarę dobrze działa – i to jest wielka dogodność w codziennym życiu – to elektryczność z miasta.
Może powrócę do tematu szpitali. Jedną z pierwszych rzeczy, które poznałem tutaj to, wbrew wszelkim oczekiwaniom, było życie w szpitalu. Tydzień po przybyciu do Cocobeach zaatakowały mnie jednocześnie malaria i infekcja nogi, która została spowodowana źle zaleczoną raną. Prawie tydzień starałem się leczyć w domu, ale wysoka gorączka (39,5° C) cały czas wracała, noga coraz bardziej puchła, rana jątrzyła się, więc w końcu podjęto decyzję, że trzeba jechać do szpitala. Nie do tego w Cocobeach (powody opisałem wcześniej), ale do Polikliniki dr Chambrier w Libreville, bo na podstawie  umowy archidiecezji z tym szpitalem misjonarze mogą się tam leczyć, a archidiecezja pokrywa koszty. I całe szczęście, bo rachunek pewnie był słony. Leżałem w szpitalu 6 dni i nocy, non stop podpięty pod kroplówki. Komunia św. była mi udzielana przez nadzwyczajnego szafarza  a raz przez kapelana. Personel szpitala był niezwykle uprzejmy i fachowy. A ja oprócz gorączki czułem frustrację, że przyjechałem tu do pracy, a leżę bezczynnie w sali szpitalnej. Po powrocie ze szpitala, kolejny tydzień staram się siedzieć w pokoju i czekać cierpliwie aż rana całkowicie się zagoi. Teraz muszę przerwać pisanie i iść do kościoła na adorację, różaniec i Mszę św.
Napisałem tych kilka słów o miejscu gdzie jest mi teraz dane żyć, gdyż dla większości z Was jest to absolutna nowość. A o tutejszym Kościele, wierze ludzi, naszej pracy misyjnej napiszę następnym razem.
Pozdrawiam serdecznie


br. Piotrek